ul. Juliana Tuwima 1, 31-581 Kraków biuro@teczacpt.pl Zadzwoń do nas pod numer: 662-225-535, 501-254-773

Opinie klientów

Opinie pacjentów

tecza

Przedstawiamy opinie naszych pacjentów. Oni skorzystali z pomocy terapeutów „Tęczy”. Zobacz, komu pomogliśmy. Być może któraś z przedstawionych niżej historii, jest Twoją historią…

Wszystko zaczęło się w 2 klasie gimnazjum, miałam wtedy 15 lat i postanowiłam że schudnę. Czułam się nieatrakcyjna, chłopcy nie zwracali na mnie uwagi, a ideałem w domu była moja starsza siostra – wyższa i smuklejsza, to ją określano w domu mianem „laski”. Myślałam wtedy, że wszystko się zmieni gdy będę chuda. Byłam bardzo skuteczna – gubiłam kolejne kilogramy, wygrywałam z uczuciem głodu, perfekcyjnie omijałam posiłki, nie jadłam wielu rzeczy, a właściwie nic nie jadłam. Ostatni „posiłek” (o ile można go tak nazwać) jadłam o 18 – nie wyobrażałam sobie wziąć do ust czegokolwiek po tej godzinie. Od razu czułam, że to sie odłoży w moim ciele. Każde rodzinne spotkanie, czy wyjazd było ogromną męczarnią, ale do perfekcji wytrenowałam wymówki dlaczego nie chce jeść.

W końcu rodzice zauważyli, że coś się dzieje, było wiele awantur, krzyków, prób wmuszania jedzenia. Babcia przygotowywała dla mnie naleśniki i inne smakołyki (pączki, drożdżowe rogaliki itp.) byle bym coś zjadła. A to powodowało odwrotny skutek. Mój wstręt do jedzenia wzrastał, podobnie jak duma z tego, że tego nie zjadłam. Waga leciała w dół, a skutkiem ubocznym był zanik miesiączki. Ale to było nieważne! Moim sukcesem było to, że weszłam w najmniejszy rozmiar spodni. Jednak po wizycie w sklepie kolejna awantura w domu – co ty ze sobą robisz!- krzyczała mama. A ja twierdziłam, że przecież nic się nie dzieje. Później wymarzone wakacje – obóz w Grecji – byłam zachwycona sobą, miałam płaski brzuch, wreszcie mogłam pokazać się w kostiumie kapielowym. Ważyłam wtedy ok 45 kg.

Mama zauważyła, że nie miesiączkuje, zabrała mnie do ginekologa, przez jakiś czas brałam tabletki na wywołanie. Tak bardzo bałam się, że po nich utyje, przecież to były hormony.

Po pewnym czasie trochę się uspokoiłam, jadłam, ale cały czas obsesyjnie myślałam o jedzeniu, liczyłam kalorie, pilnowałam pory posiłków. Choroba cały czas miała swoje nawroty, cały czas była ze mną. Wszyscy wokół mówili mi jaka jestem szczupła/chuda, a ja byłam z tego dumna! Uwielbiałam tego słuchać. No i w końcu byłam lepsza od mojej siostry przynajmniej w jednym -byłam chudsza!

Po skończonym liceum wyjechałam na studia do Krakowa. Nowe środowisko i znajomi – musiałam być chuda. Byłam przekonana, że taka będę bardziej atrakcyjna, będę podobać się facetom i w końcu ktoś się we mnie zakocha. Nie potrafiłam korzystać w pełni z życia studenckiego, bo przecież musiałam pilnować godzin posiłków, nie mogłam zjeść na mieście czegoś kalorycznego i niezdrowego, tak jak to robili inni. Każdy przyjazd do domu na weekend zaczynał się od progu awanturą – „Jak ty wyglądasz! Znowu schudłaś!”- i obowiązkowe ważenie. „Wsadzanie” na siłę na wagę przez mamę – to najgorsze wspomnienie. Czułam się jak przedmiot, który się waży. Waga wskazywała mniej, mama krzyczała, a ja czułam satysfakcję. Mama nieustannie zmuszała mnie do jedzenia, dla niej fakt zjedzenia przede mnie schabowego z kapustą i kilku pączków oznaczałby wtedy że jestem zdrowa.

W końcu mama i siostra zmusiły mnie do pójścia na terapię. Pojechałam z siostrą do ośrodka Tęcza – pamiętam pierwsze spotkanie z p.Renatą, która po wysłuchaniu mnie stwierdziła, że jestem o krok od anoreksji. A ja byłam przekonana, że absolutnie nie. Ja i anoreksja!? Ale pod przymusem pojawiłam się na kilku sesjach indywidualnych i jednej grupowej i uciekłam! Przekonałam mamę, że nie chce tam chodzić i poradze sobie sama. Uwierzyła mi. Ja też w to naiwnie wierzyłam.

Jednak sobie nie poradziłam. Mimo, że wszystko się układało – miałam bardzo dużo znajomych i przyjaciół, dobre wyniki i stypendium na studiach, aktywnie działałam w organizacjach studenckich, dużo jeździłam po Polsce i za granicę to cały czas czułam ciężar choroby i uzależnienia. Brakowało mi też miłości, chciałam mieć chłopaka, jednak cały czas byłam sama i to powodowało, że cały czas czułam się nieatrakcyjna.A w takich momentach przychodziło mi do głowy jedno rozwiązanie – muszę schudnąć. Choroba wracała z podwójna siłą zawsze w tych gorszych momentach. Wtedy przybrała inną postać – jadłam, ale obsesyjnie liczyłam kalorie, czytałam etykiety, wszystko musiało być „zdrowe”, a przez zjedzeniem czegokolwiek nowego zawsze sprawdzałam w internecie czy to kaloryczne czy też mogę sobie na to pozwolić. Zamieniłam anoreksję na ortoreksję. Perfekcjonim! To on odegrał ogromną rolę w mojej chorobie. Bo u mnie musiało byc perfekcyjnie, ale nie zawsze tak się układało, dlatego ja stworzyłam swój perfekcyjny świat pudełek i kalorii – tutaj wszystko było idealnie tak jak chciałam.

Ogromny ciężar, brak swobody i uzależnienie – to powodowała choroba. Największym horrorem były święta – wszędzie mnóstwo jedzenia i cały czas spędzony przy stole. Nienawidziłam tego!

Żyłam z chorobą, pozwalajac aby kierowała moim życiem. Pewnego dnia moja siostra w drodze do domu rodzinnego zrobiła mi ogromną awanturę, powiedziała mi, że mam wrócić na terapię, wcześniej sama odwiedziłą panią Renatę, rozmawiały o mnie i jeśli będę chciała to mogę wrócić do Tęczy. W pierwszej chwili czułam ogromną wściekłość, przecież ja nie mam problemu, a na dodatek zrobiła coś za moimi plecami. Jednak będąc juz w domu przemyślałam to, uświadomiłam sobie, że choroba ma pełną władzę nade mną, jestem bezsilna i postanowiłam,że ponownie podejmę próbę terapii.

Przed pierwszym spotkaniem z p. Renatą czułam ogromny stres i porażkę, że po 1,5 roku wracam do Tęczy. Spotkania indywidualne i grupowe, w których brałam udział, nie były łatwe – towarzyszyła im złość na terapeutów, płacz i wiele nieprzyjemnych emocji. Etap, w którym zaczęłam odczuwać emocje był najtrudniejszy, zdecydowanie łatwiej było ich unikać, udawać, że ich nie ma. Z czasem nauczyłam się też nazywać odczuwane emocje. Systematycznie pojawiałam się na spotkaniach indywidualnych – po każdym z nich czułam się lżejsza, odkrywałam tak wiele rzeczy, których nie byłam świadoma, w tym przyczyny mojej choroby – rywalizacja z siostrą i chęć zwrócenia uwagi rodziców. Poczas sesji grupowych wreszcie miałam poczucie, że ktoś rozumie o czym mówię i czuje podobnie. Dostałam tak wiele słów wsparcia i zrozuniemia od innych dziewczyn – to było bezczenne.
Dużo do myślenia, dała mi lektura książki „Dieta nieżycia”, czytając ją czułam się tak jakbym czytała swój pamiętnik sprzed kilku lat. Wtedy uświadomiłam sobie jeszcze mocniej jak błędne myślenie mną kierowało. Poprosiłam moją siostrę również o przeczytanie tej książki, z komentarzem, że jeśli chce zrozumieć mnie w chorobie to niech to przeczyta. Po lekturze przyznała, że nie zdawała sobie sprawy z tego co ja czułam i jak mocno poza moją wolą byly pewne zachowania, bo kierowała mną „chora ja”.

Będą w terapii zaczęłam czuś się dorosła, niezależna i silniejsza. Polubiłam siebie. Były lepsze i gorsze momenty, ale w każdym z nich wiedziałam, że mogę liczyć na p.Renatę, p.Miłosza i dziewczyny z grupy. Każde spotkanie było dla mnie bardzo wartościowe. To w Tęczy szukałam pomocy, gdy byłam zdołowana z powodu mojej pracą. Wtedy przyjechałam do p.Renaty, która podpowiedziała mi, abym rzuciłą prace w korporacji i poszukała czegoś w organizacjach/stowarzyszeniach … i tak zrobiłam! Już prawie rok pracuję w Stowarzyszeniu, gdzie panuje fantastyczna atmosfera, a ja czuję się doceniona i ważna.

Dużą rolę w moim procesie zdrowienia i odkrywania własnej kobiecości odegrała salsa, którą zaczęłam tańczyć. Zajęcia dawały mi radość, a patrząc na tancerki o różnych kształtach zdałam sobie sprawę, że nie trzeba być chudym, aby być atrakcyjnym, wręcz przeciwnie.

Dzięki terapii zmieniłam się, odzyskałam radość życia, zbudowałam nowa relację z moimi rodzicami, uniezależniłam się i wyszłam z tzw. „sosu” w którym oni wszyscy się gotowali, a także zeszłam z ringu rywalizacji z siostra – to wszystko dzieki sesjom, podczas których terapeuci wskazali mi, by ograniczyć wizyty w domu. Nie było łatwo, ale udało się! Pod koniec terapii zebrałam się na szczerą rozmowę z mamą, powiedziałam jej jak ja się czułam będąc chora, jak działały na mnie jej awantury i zmuszanie do jedzenia, wtedy przyznała mi, że nie rozumiała mnie i choroby, a była przekonana, że robi dobrze.

Swoją terapię zakończyłam w maju 2018 roku, po roku i 2 miesiącach. Pamiętam doskonale ten moment, gdy podczas sesji grupowej p.Renata i p.Miłosz zapytali mnie „czy czuje się zdrowa?”. Bałam się stwierdzenia, że tak, choć od pewnego czasu już czułam się dobrze. Padło pytanie pomocnicze – „po co była mi choroba?”. Odpowiedziałam – „aby zwrócić uwagę mamy… a teraz już tej uwagi nie potrzebuje”. A p.Renata powiedziała – „no to masz odpowiedź”.
Co wtedy czułam? Ogromną radość satysfakcję i dumę z siebie. Poczułam sie wolna, wolna jak nigdy dotąd. Zrozumiałam jak wiele odebrała mi choroba i postanowiłam, że nie pozwolę aby odebrała mi coś jeszcze. Grubą kreską oddzieliłam tamten okres mojego życia. Nie raz myślałam o tym, że gdybym nie uciekła z terapii za pierwszym razem, to zyskałabym 1,5 roku zdrowej mnie. Jednak teraz wiem, dlaczego moja pierwsza próba terapii zakończyła się fiaskiem, wtedy zrobiłam to pod przymusem, dla mamy i siostry, dopiero za drugim razem zrobiłam to dla siebie. Postanowiłam o siebie zawalczyć.
Moje relacje z rodzicami ukladają się bardzo dobrze, potrafię mówić o swoich uczuciach i tego też nauczyłam moją mamę. Wyznaczam jasne granice, a oni ich nie przekraczają. Jem zdrowo – bo tak lubię, ale mam w tym luz i przede wszystkim czerpię przyjemność z jedzenia. Nie czuje się jak wcześniej – dziwna bo jem inaczej, czuje się wyjatkową. Jednocześnie cały czas mam świadomość, że choroba zawsze będzie cześcią mojego życia, dlatego musze być czujna, aby nigdy więcej nie przejęła nade mną kontroli.
Podczas terapii miałam poczucie, że jestem słaba, przegrana, bo się leczę, później jednak po wielu sesjach pomyślałam, że wręcz przeciwnie – to ja jestem silna, bo miałam odwagę i podjęłam walkę z chorobą, stawiłam jej czoła i zwyciężyłam.
Mimo wyzdrowienia, cały czas jednak brakowało mi, jednego elementu – miłości i związku. Postanowiłam jednak dać sobie czas i mocno wierzyłam że wszystko przyjdzie z czasem. Kilka tygodni temu milość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba! Wtedy kiedy pokochałam siebie, pokochał mnie też ktoś inny.
Teraz mam 26 lat i jestem szczęśliwa, sama ze sobą. Czuję się całością, czuje się wartościowa i silna. Walka z chorobą była trudna zwłaszcza emocjonalnie, ale zrobiłam to – wygrałam! I uważam to za mój największy sukces.

Wszystko zaczęło się w 2 klasie gimnazjum, miałam wtedy 15 lat i postanowiłam że schudnę. Czułam się nieatrakcyjna, chłopcy nie zwracali na mnie uwagi, a ideałem w domu była moja starsza siostra – wyższa i smuklejsza, to ją określano w domu mianem „laski”. Myślałam wtedy, że wszystko się zmieni gdy będę chuda. Byłam bardzo skuteczna – gubiłam kolejne kilogramy, wygrywałam z uczuciem głodu, perfekcyjnie omijałam posiłki, nie jadłam wielu rzeczy, a właściwie nic nie jadłam. Ostatni „posiłek” (o ile można go tak nazwać) jadłam o 18 – nie wyobrażałam sobie wziąć do ust czegokolwiek po tej godzinie. Od razu czułam, że to sie odłoży w moim ciele. Każde rodzinne spotkanie, czy wyjazd było ogromną męczarnią, ale do perfekcji wytrenowałam wymówki dlaczego nie chce jeść.

W końcu rodzice zauważyli, że coś się dzieje, było wiele awantur, krzyków, prób wmuszania jedzenia. Babcia przygotowywała dla mnie naleśniki i inne smakołyki (pączki, drożdżowe rogaliki itp.) byle bym coś zjadła. A to powodowało odwrotny skutek. Mój wstręt do jedzenia wzrastał, podobnie jak duma z tego, że tego nie zjadłam. Waga leciała w dół, a skutkiem ubocznym był zanik miesiączki. Ale to było nieważne! Moim sukcesem było to, że weszłam w najmniejszy rozmiar spodni. Jednak po wizycie w sklepie kolejna awantura w domu – co ty ze sobą robisz!- krzyczała mama. A ja twierdziłam, że przecież nic się nie dzieje. Później wymarzone wakacje – obóz w Grecji – byłam zachwycona sobą, miałam płaski brzuch, wreszcie mogłam pokazać się w kostiumie kapielowym. Ważyłam wtedy ok 45 kg.

Mama zauważyła, że nie miesiączkuje, zabrała mnie do ginekologa, przez jakiś czas brałam tabletki na wywołanie. Tak bardzo bałam się, że po nich utyje, przecież to były hormony.

Po pewnym czasie trochę się uspokoiłam, jadłam, ale cały czas obsesyjnie myślałam o jedzeniu, liczyłam kalorie, pilnowałam pory posiłków. Choroba cały czas miała swoje nawroty, cały czas była ze mną. Wszyscy wokół mówili mi jaka jestem szczupła/chuda, a ja byłam z tego dumna! Uwielbiałam tego słuchać. No i w końcu byłam lepsza od mojej siostry przynajmniej w jednym -byłam chudsza!

Po skończonym liceum wyjechałam na studia do Krakowa. Nowe środowisko i znajomi – musiałam być chuda. Byłam przekonana, że taka będę bardziej atrakcyjna, będę podobać się facetom i w końcu ktoś się we mnie zakocha. Nie potrafiłam korzystać w pełni z życia studenckiego, bo przecież musiałam pilnować godzin posiłków, nie mogłam zjeść na mieście czegoś kalorycznego i niezdrowego, tak jak to robili inni. Każdy przyjazd do domu na weekend zaczynał się od progu awanturą – „Jak ty wyglądasz! Znowu schudłaś!”- i obowiązkowe ważenie. „Wsadzanie” na siłę na wagę przez mamę – to najgorsze wspomnienie. Czułam się jak przedmiot, który się waży. Waga wskazywała mniej, mama krzyczała, a ja czułam satysfakcję. Mama nieustannie zmuszała mnie do jedzenia, dla niej fakt zjedzenia przede mnie schabowego z kapustą i kilku pączków oznaczałby wtedy że jestem zdrowa.

W końcu mama i siostra zmusiły mnie do pójścia na terapię. Pojechałam z siostrą do ośrodka Tęcza – pamiętam pierwsze spotkanie z p.Renatą, która po wysłuchaniu mnie stwierdziła, że jestem o krok od anoreksji. A ja byłam przekonana, że absolutnie nie. Ja i anoreksja!? Ale pod przymusem pojawiłam się na kilku sesjach indywidualnych i jednej grupowej i uciekłam! Przekonałam mamę, że nie chce tam chodzić i poradze sobie sama. Uwierzyła mi. Ja też w to naiwnie wierzyłam.

Jednak sobie nie poradziłam. Mimo, że wszystko się układało – miałam bardzo dużo znajomych i przyjaciół, dobre wyniki i stypendium na studiach, aktywnie działałam w organizacjach studenckich, dużo jeździłam po Polsce i za granicę to cały czas czułam ciężar choroby i uzależnienia. Brakowało mi też miłości, chciałam mieć chłopaka, jednak cały czas byłam sama i to powodowało, że cały czas czułam się nieatrakcyjna.A w takich momentach przychodziło mi do głowy jedno rozwiązanie – muszę schudnąć. Choroba wracała z podwójna siłą zawsze w tych gorszych momentach. Wtedy przybrała inną postać – jadłam, ale obsesyjnie liczyłam kalorie, czytałam etykiety, wszystko musiało być „zdrowe”, a przez zjedzeniem czegokolwiek nowego zawsze sprawdzałam w internecie czy to kaloryczne czy też mogę sobie na to pozwolić. Zamieniłam anoreksję na ortoreksję. Perfekcjonim! To on odegrał ogromną rolę w mojej chorobie. Bo u mnie musiało byc perfekcyjnie, ale nie zawsze tak się układało, dlatego ja stworzyłam swój perfekcyjny świat pudełek i kalorii – tutaj wszystko było idealnie tak jak chciałam.

Ogromny ciężar, brak swobody i uzależnienie – to powodowała choroba. Największym horrorem były święta – wszędzie mnóstwo jedzenia i cały czas spędzony przy stole. Nienawidziłam tego!

Żyłam z chorobą, pozwalajac aby kierowała moim życiem. Pewnego dnia moja siostra w drodze do domu rodzinnego zrobiła mi ogromną awanturę, powiedziała mi, że mam wrócić na terapię, wcześniej sama odwiedziłą panią Renatę, rozmawiały o mnie i jeśli będę chciała to mogę wrócić do Tęczy. W pierwszej chwili czułam ogromną wściekłość, przecież ja nie mam problemu, a na dodatek zrobiła coś za moimi plecami. Jednak będąc juz w domu przemyślałam to, uświadomiłam sobie, że choroba ma pełną władzę nade mną, jestem bezsilna i postanowiłam,że ponownie podejmę próbę terapii.

Przed pierwszym spotkaniem z p. Renatą czułam ogromny stres i porażkę, że po 1,5 roku wracam do Tęczy. Spotkania indywidualne i grupowe, w których brałam udział, nie były łatwe – towarzyszyła im złość na terapeutów, płacz i wiele nieprzyjemnych emocji. Etap, w którym zaczęłam odczuwać emocje był najtrudniejszy, zdecydowanie łatwiej było ich unikać, udawać, że ich nie ma. Z czasem nauczyłam się też nazywać odczuwane emocje. Systematycznie pojawiałam się na spotkaniach indywidualnych – po każdym z nich czułam się lżejsza, odkrywałam tak wiele rzeczy, których nie byłam świadoma, w tym przyczyny mojej choroby – rywalizacja z siostrą i chęć zwrócenia uwagi rodziców. Poczas sesji grupowych wreszcie miałam poczucie, że ktoś rozumie o czym mówię i czuje podobnie. Dostałam tak wiele słów wsparcia i zrozuniemia od innych dziewczyn – to było bezczenne.

Dużo do myślenia, dała mi lektura książki „Dieta nieżycia”, czytając ją czułam się tak jakbym czytała swój pamiętnik sprzed kilku lat. Wtedy uświadomiłam sobie jeszcze mocniej jak błędne myślenie mną kierowało. Poprosiłam moją siostrę również o przeczytanie tej książki, z komentarzem, że jeśli chce zrozumieć mnie w chorobie to niech to przeczyta. Po lekturze przyznała, że nie zdawała sobie sprawy z tego co ja czułam i jak mocno poza moją wolą byly pewne zachowania, bo kierowała mną „chora ja”.

Będą w terapii zaczęłam czuś się dorosła, niezależna i silniejsza. Polubiłam siebie. Były lepsze i gorsze momenty, ale w każdym z nich wiedziałam, że mogę liczyć na p.Renatę, p.Miłosza i dziewczyny z grupy. Każde spotkanie było dla mnie bardzo wartościowe. To w Tęczy szukałam pomocy, gdy byłam zdołowana z powodu mojej pracą. Wtedy przyjechałam do p.Renaty, która podpowiedziała mi, abym rzuciłą prace w korporacji i poszukała czegoś w organizacjach/stowarzyszeniach … i tak zrobiłam! Już prawie rok pracuję w Stowarzyszeniu, gdzie panuje fantastyczna atmosfera, a ja czuję się doceniona i ważna.

Dużą rolę w moim procesie zdrowienia i odkrywania własnej kobiecości odegrała salsa, którą zaczęłam tańczyć. Zajęcia dawały mi radość, a patrząc na tancerki o różnych kształtach zdałam sobie sprawę, że nie trzeba być chudym, aby być atrakcyjnym, wręcz przeciwnie.

Dzięki terapii zmieniłam się, odzyskałam radość życia, zbudowałam nowa relację z moimi rodzicami, uniezależniłam się i wyszłam z tzw. „sosu” w którym oni wszyscy się gotowali, a także zeszłam z ringu rywalizacji z siostra – to wszystko dzieki sesjom, podczas których terapeuci wskazali mi, by ograniczyć wizyty w domu. Nie było łatwo, ale udało się! Pod koniec terapii zebrałam się na szczerą rozmowę z mamą, powiedziałam jej jak ja się czułam będąc chora, jak działały na mnie jej awantury i zmuszanie do jedzenia, wtedy przyznała mi, że nie rozumiała mnie i choroby, a była przekonana, że robi dobrze.

Swoją terapię zakończyłam w maju 2018 roku, po roku i 2 miesiącach. Pamiętam doskonale ten moment, gdy podczas sesji grupowej p.Renata i p.Miłosz zapytali mnie „czy czuje się zdrowa?”. Bałam się stwierdzenia, że tak, choć od pewnego czasu już czułam się dobrze. Padło pytanie pomocnicze – „po co była mi choroba?”. Odpowiedziałam – „aby zwrócić uwagę mamy… a teraz już tej uwagi nie potrzebuje”. A p.Renata powiedziała – „no to masz odpowiedź”.

Co wtedy czułam? Ogromną radość satysfakcję i dumę z siebie. Poczułam sie wolna, wolna jak nigdy dotąd. Zrozumiałam jak wiele odebrała mi choroba i postanowiłam, że nie pozwolę aby odebrała mi coś jeszcze. Grubą kreską oddzieliłam tamten okres mojego życia. Nie raz myślałam o tym, że gdybym nie uciekła z terapii za pierwszym razem, to zyskałabym 1,5 roku zdrowej mnie. Jednak teraz wiem, dlaczego moja pierwsza próba terapii zakończyła się fiaskiem, wtedy zrobiłam to pod przymusem, dla mamy i siostry, dopiero za drugim razem zrobiłam to dla siebie. Postanowiłam o siebie zawalczyć.

Moje relacje z rodzicami ukladają się bardzo dobrze, potrafię mówić o swoich uczuciach i tego też nauczyłam moją mamę. Wyznaczam jasne granice, a oni ich nie przekraczają. Jem zdrowo – bo tak lubię, ale mam w tym luz i przede wszystkim czerpię przyjemność z jedzenia. Nie czuje się jak wcześniej – dziwna bo jem inaczej, czuje się wyjatkową. Jednocześnie cały czas mam świadomość, że choroba zawsze będzie cześcią mojego życia, dlatego musze być czujna, aby nigdy więcej nie przejęła nade mną kontroli.

Podczas terapii miałam poczucie, że jestem słaba, przegrana, bo się leczę, później jednak po wielu sesjach pomyślałam, że wręcz przeciwnie – to ja jestem silna, bo miałam odwagę i podjęłam walkę z chorobą, stawiłam jej czoła i zwyciężyłam.

Mimo wyzdrowienia, cały czas jednak brakowało mi, jednego elementu – miłości i związku. Postanowiłam jednak dać sobie czas i mocno wierzyłam że wszystko przyjdzie z czasem. Kilka tygodni temu milość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba! Wtedy kiedy pokochałam siebie, pokochał mnie też ktoś inny.

Teraz mam 26 lat i jestem szczęśliwa, sama ze sobą. Czuję się całością, czuje się wartościowa i silna. Walka z chorobą była trudna zwłaszcza emocjonalnie, ale zrobiłam to – wygrałam! I uważam to za mój największy sukces.

„S”

Do ośrodka trafiłam przez przypadek. Być może brzmi to zabawnie, ale dosłownie tak było. Po nieudanej próbie półrocznej terapii, która polegała na wspólnym piciu kawy i wysłuchiwaniu jak minął dzień mojej terapeutce, stwierdziłam, że nie ma na świecie takiej osoby, która mogłaby mi pomóc. O wcześniejszych próbach walki z moimi zaburzeniami odżywiania nie warto wspominać.

Pamiętam jakby to było dziś. Przed wyjazdem na sylwestra miałam odhaczyć jeszcze wizytę u psychiatry. ‚Leki załatwią wszystko, dawno ich nie brałam więc pora wrócić”. Z takim podejściem umówiłam się na spotkanie. To był ten moment mojego życia, kiedy przez natrętne myśli nie byłam w stanie funkcjonować.

„Dobrze pani trafiła. Wie pani co to za ośrodek?” Jasne, że nie wiem. W sumie nawet mało mnie to obchodzi, bo przyszłam po receptę. Tyle było w mojej głowie.  I tak to się zaczęło. Nagle przedstawiałam się Pani Renacie, która opowiadała mi abstrakcyjne wówczas dla mnie rzeczy o pozytywnych skutkach terapii. O tym, że warto ją podjąć. Nie wierzyłam.

Minął miesiąc, zanim przyszłam na pierwsze spotkanie. Chyba wtedy chciałam sprawdzić, czy będziemy piły razem kawę i rozmawiały o głupotach. Oczywiście tak nie było.

Przychodziłam do Tęczy przez kolejny rok. Byłam pacjentką, która w trudnych momentach terapii  uciekała. Obrażałam się. Nie chciałam słuchać tego, kim tak naprawdę jestem i jakimi schematami działam. Ktoś (czyt. Pani Renata) właśnie burzył moje dotychczasowe ‘poukładane’ życie. Mimo to, wracałam z ‘podkulonym ogonem’, bo wiedziałam, że to mi pomaga. Chciałam tej pomocy. Wiedziałam, ze nareszcie ktoś mnie rozumie. Moja złożona osobowość, o której dowiedziałam się w trakcie była tylko kolejnym utrudnieniem. Sinusoida. Tak można nazwać moją terapię. Początkowo nie słuchałam w 100% zaleceń terapeutów. Terapia grupowa mnie przerażała. A dziewczyny z grupy uważałam za psycholki, o czym im mówiłam. „Ja nie byłam psycholką”. Problemy z jedzeniem, zastąpiłam sobie alkoholem. Nietrudno zgadnąć, ze pojawił się problem i z tym. Trafiłam do punktu, w którym totalnie się zniszczyłam. Jak nisko można upaść? Naprawdę nisko. Za nisko.

To chyba był moment kulminacyjny. Przestałam pić i zaczęłam słuchać co się do mnie mówi. I było coraz lepiej, ale nie coraz łatwiej. Przekonałam się do terapii grupowej. I wiem, że moja grupa to nie psycholki tylko piękne, ambitne, kochane, inteligentne i cholernie silne dziewczyny z takimi problemami jak ja. 
Na ostatnim spotkaniu miałam łzy w oczach. Ja! Ja, która tak naprawdę nienawidziła tego miejsca, ale ciągle tam wracała. To był moment kiedy w 100% uwierzyłam w to wszystko. W Tęczę, w terapeutów, w siebie.

Nie ukrywam, że do napisania tego zbierałam się jakiś miesiąc. Ośrodek polecam każdemu, kto jest tak zagubiony jak ja wtedy. Każdemu, kto nie widzi nadziei. Każdemu, kto nie wierzy, że może być lepiej. Po 10 latach męki z moją chorobą, widzę jakie życie jest wartościowe. Jaka ja jestem wartościowa😊 I nie mam słów, żeby opisać ile to dla mnie znaczy.

„Ola

Dwa lata temu, gdy anoreksja i depresja osiągnęły apogeum, mama znalazła w  Internecie ośrodek terapeutyczny „Tęcza”. Umówiła mnie na konsultację, ponieważ ja nie miałam odwagi i siły, by samodzielnie się z tym zmierzyć.

W ośrodku poznałam panią Renatę. To była pierwsza i jedyna osoba, która po wysłuchaniu mnie powiedziała: „Wiem, jak Ci pomóc, ale to będzie długotrwały proces i sama musisz tego chcieć”. Nie owijała w bawełnę, była bardzo rzeczowa i konkretna. Doznałam szoku, dosłownie. Przyjechałam do „Tęczy” z uprzedzeniem i negatywnym podejściem, traktując to spotkanie jak jedno z wielu, z którego i tak pewnie nic nie wyniknie. Nie chciałam się leczyć, gdyż po tylu negatywnych doświadczeniach nie wierzyłam w terapię. Jednak tam po raz pierwszy usłyszałam, że ktoś potrafi mi pomóc. Poczułam się tak, jakby ktoś ściągnął ze mnie wielki ciężar, który przez przeszło osiem lat ze sobą nosiłam i który ciągnął mnie mocno w dół i nie pozwalał się podnieść. Doznałam wielkiej ulgi, słysząc słowa pani Renaty, gdyż byłam już bardzo zmęczona i wycieńczona chorobą. Poczułam, że w końcu ktoś rozumie mój problem i wie, jak się z nim uporać. 

Cała historia Oli na blogu w zakładce „Historie prawdziwe”

” Magda

Klęczałam nad toaletą myśląc:, „po co żyję? Chcę umrzeć! Błagam o pomoc..”.  Ulga przychodziła wraz ze spuszczeniem wody. Przyrzekałam sobie, ze już więcej tego nie zrobię. Staję na wagę, 2 kg mniej, kolejna chwila ulgi.

Czuję jak powraca do mnie uczucie uniemożliwiające racjonalne myślenie. I znowu to samo…toaleta, modlitwa, obietnica, waga, lodówka. Nie mogę się powstrzymać, straciłam kontrolę nad własnym życiem. Po pięciu „cyklach” udaję się ledwo żywa na siłownię. Koło się toczy. Opadam z sił. Kilka wizyt u psychologa, psychiatrów i nic. Nikt nie potrafi mi pomóc. Zadręczam się myślami „ „Żyć, czy popełnić samobójstwo”. Trafiłam w końcu do Tęczy. Jestem zdezorientowana. Nie potrafię spleść dłuższego zdania. Mówię tylko „tak” albo „nie”. Wszystko jest mi obojętne.

Dziś pracuje, potrafię rozmawiać i nie mam lęków. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną. Zdaję sobie sprawę z tego, że w dużej mierze to moja zasługa, ale bez pomocy Pani Renaty nie dałabym rady. Uwierzyłam w siebie. Uwierzyłam w to, że mogę zacząć żyć i decydować o sobie. Tęcza mnie uratowała. Jest tylko jedna zasada – trzeba chcieć!”

Agata

Nie będzie słodzenia, będzie szczerze.
Jeśli robisz to na siłę lub pod presją rodziny, przyjaciół, to szkoda
twojego i terapeutów czasu.
To musi być twoja i tylko twoja decyzja że masz problem i potrzebujesz
fachowej pomocy.
To nie jest kolejny ośrodek który wyciągnie od Ciebie pieniądze i będzie
wmawiał że wszystko będzie dobrze.
To jest miejsce gdzie poczujesz się dobrze, oni wiedzą że można parę razy
zbłądzić ale za każdym razem pomogą odnaleźć ci dobrą drogę.
Ja polecam”

Marcin 2013

Ponad rok temu, dokładnie od początku listopada 2013 roku miałem możliwość
korzystać z pomocy pani Renaty jako pacjent stacjonarny przez cały miesiąc.

Rezultaty leczenia jak i pracy nad sobą są niewyobrażalne. Efekty w postaci
spokojnego domu, sukcesów w pracy zawodowej jak i prowadzenie
zrównoważonego życia wymagającego ciągłej pracy nad sobą są warte każdych
pieniędzy i czasu.

Terapie wspominam nad wyraz dobrze choć stan w jakim trafiłem w ręce pani
Reni był zdecydowanie opłakany i godny politowania. Zdecydowanie polecam, gdyż
pomoc oferowana przez Ośrodek Tęcza procentuję. Pomimo ciężkiej pracy
warto. Jest to wspaniała inwestycja w siebie jak i najbliższych,  w moim
przypadku oby jak najdłużej.”

 ” Wiesław – 6 lat trzeźwienia

Detoks,detoks…….znowu detoks – w końcu usłyszałem – chłopie umrzesz. To była ona – Renata. Wściekłem się na nią i obrażony na żądanie wyszedłem z ośrodka.

Po miesiącu znowu chlałem – w mojej pijanej głowie naprawdę przestraszyłem się,że mogę umrzeć.

Zadzwoniłem, nie ja, tylko żona – moja urażona duma nie pozwalała mi na wykonanie telefonu. Obrażony byłem jeszcze kilka dni.

Cóż będę się rozpisywać – nie było łatwo – ba, było nawet bardzo trudno. Terapeuci niby mówili, że mnie rozumieją– ale ja w sobie miałem wrażenie, że nic nie wiedzą.

Przecież piłem przez żonę, stres w pracy, trudności życiowe, a oni swoje…….nie kontrolujesz picia.

Szokiem był pierwszy miting ( obowiązkowy). Spotkałem na nim ludzi, którzy przyjechali eleganckimi samochodami, w firmowych garniturach – trudno było o nich powiedzieć: alkoholik.

Jeszcze większym szokiem było to, że mnie tam zostawili bez nadzoru – przecież do tej pory wszyscy mnie pilnowali, a tu na pytanie – zostaję sam? Usłyszałem – albo się sam upilnujesz, albo nikt cię nie upilnuje. Myślę, że faceta w twoim wieku ( a mam po czterdziestce) można na 2 godziny zostawić i liczyć na to,że nic nie zmaluje.

Ona ( Renata) mi uwierzyła – uwierzyła choć nikt mi nie chciał już wierzyć. Nie mogłem zawalić wobec jedynej osoby, która mi ufała. Potem rozmawialiśmy o tym – usłyszałem – to była twoja decyzja, że nie wykombinowałeś piwa, flaszki. No tak i tu musiałem się z nią zgodzić.

Jeszcze nie raz i nie dwa obrażałem się, czułem się nie rozumiany. Przełom nastąpił już po wyjściu z ośrodka. Nie było łatwo– wiedzę trzeba było wprowadzać w życie. Jeździłem na mitingi. Jeszcze prawie dwa lata byłem w kontakcie z ośrodkiem. Dziś też jestem. Czasami jadę na kawę i pochwalić się tym, co osiągnąłem. Trzeźwieję. Wiem, że nie muszę walczyć z całym światem. Wiem, że tam są ludzie dla których jestem ważny. Pozdrawiam cały zespół – choć już w nieco zmienionym składzie.”

 ” Grzegorz

Moja krótka historia…

Hej cześć, daj coś zjeść.

Mam na imię Grzegorz i kilka miesięcy temu w najlepsze balowałem sobie przez parę dni nad polskim morzem Bałtykiem – w sensie bardzo intensywnie piłem, co skończyło się dla mnie bardzo źle (fizycznie i psychicznie). Nie będę wdawał się w szczegóły, ale znowu nabroiłem i czułem się okropnie. W zasadzie chciałem uciec, ale nie było mi dane. Zmotywowany przez ogromne poczucie winy i przy pomocy brata podjąłem decyzję o ośrodku, coby sobie pomóc. Wybrałem ośrodek, który zapewniał idealne warunki, jak na wczasach i do tego był jeszcze w górach – normalnie super. Niestety wybór był zły.

Z uwagi na skomplikowanie mojego uzależnienia połączonego z moją skomplikowaną osobowością, okazałem się zbyt trudnym klientem. Z poczuciem ponownej porażki życiowej opuszczałem to miejsce, w którym chciano mi podać rękę, a ja ją odrzuciłem. Czułem się okropnie i znowu przy wsparciu rodziny, która mnie nie potępiła, zgłosiłem się do centrum „Tęcza”. Uprzednio zadzwoniłem, żeby się upewnić czy potrafią sobie radzić z naprawdę trudnymi przypadkami. Dostałem zielone światło i na drugi dzień trochę wystraszony pojawiłem się w Krakowie.
No i zaczęła się intensywna harówa. Już pierwszego popołudnia wzięto mnie na warsztat, a przez następne 4 tygodnie byłem poddany bardzo intensywnemu programowi zajęć, odbywających się rano i w południe. Codzienne sesje zawsze odbywały się z innym terapeutą. Ściśle przestrzegano grafiku i czasu, w którym musieliśmy przerobić program ośrodka. Nie zawsze mi się to podobało, gdyż uświadamiano mi ciężką do przyjęcia prawdę o mnie i moim uzależnieniu. 
Czasami czułem się zmęczony i trzaskałem drzwiami – zawsze mogłem wrócić. Zdarzyło mi się skłamać i później miałem okazję powiedzieć prawdę i przeprosić.
Udało mi się ukończyć terapię i dzięki pomocy psychologów i terapeutów z „Tęczy” budzę się każdego dnia bez kaca spowodowanego odurzeniem używkami.

Uczę się  siebie na nowo, po wielu latach otępienia. Moje życie całkowicie się zmieniło, dokonuję wyborów korzystnych na moje trzeźwienie i robię to świadomie.
To wszystko, co się ze mną porobiło i o czym chciałem wam opowiedzieć, a w co bym nie uwierzył jeszcze pół roku temu. Cieszę się, że sobie pomogłem i odzyskuję radość życia. Wiem o ogromie pracy, który jest przede mną ale jest mi łatwiej do tego się zabrać dzięki wiedzy nabytej w trakcie terapii.

Poza tym jestem w ciągłym kontakcie z kadrą „Tęczy”, przez co mam wsparcie i czuję się bezpieczniej na co dzień.

Jeżeli czujesz się podle, gdyż masz już dość męczarni chlania i brania, chcesz coś zrobić bez ściemy, a trudno Ci się zebrać i zrobić coś samodzielnie to polecam terapię, którą przeszedłem…

Wasz przyjaciel G.
Powodzenia!!!

p.s.
Pyszne jedzonko i domowa opieka pozaterapeutyczna, która zresztą działa jak najbardziej terapeutycznie.”

” Jan, lat 32

Do „Tęczy” trafiłem w 2009 r. Sponiewierany jak pies i spłukany do cna. Tak naprawdę nie chciałem się leczyć. To mojej rodzinie bardziej zależało, niż mnie samemu.

Przez pierwsze dwa tygodnie pobytu w ośrodku raczej myślałem o kolejnych systemach, które pomogą mi wygrać, niż o samym leczeniu. Ale intensywna praca terapeutów oraz spotkania w grupie dla anonimowych hazardzistów, w których obowiązkowo musiałem brać udział, zmieniły mój punkt widzenia.

Kilka miesięcy pracy i dziś jestem szczęśliwy. Żyję jak wszyscy ludzie. Mam jedno ograniczenie – wiem, że nie wolno mi grać, bo wszystko powróci na nowo. Ale dziś już nie chcę grać, bo tak wybrałem.”

” Baśka

Długo broniłam się przed decyzją o podjęciu terapii w ośrodku, bo bałam się obcego miejsca i ludzi. Poza tym wątpiłam, czy taka terapia mi pomoże, bo już nieraz podejmowałam leczenie w różnych przychodniach, ale nie umiałam przestać pić.

W „Tęczy” najbardziej zaskoczyła mnie atmosfera spokoju i przyjazne przyjęcie. Po raz pierwszy zaczęłam mówić o swojej chorobie bez lęku i wstydu.

Bardzo ceniłam sobie to, że zajęcia odbywały się w małych grupach, to pozwalało mnie i innym pacjentom lepiej się poznać i przez to wzajemnie się wspierać, zwłaszcza, gdy tematy poruszane na zajęciach bywały trudne. Również w pracy terapeutów podobało mi się to, że obok intensywnych wykładów czy treningów zawsze można było liczyć na bardziej indywidualną rozmowę, wyjaśnienie wątpliwości. Oprócz głębokiej wiedzy na temat choroby, jaką jest uzależnienie od alkoholu, pobyt w „Tęczy” pomógł mi lepiej rozumieć siebie i swoje relacje z innymi. Po raz pierwszy od dawna są to trzeźwe relacje.”

 ” Ania, lat 29

Z anoreksją i bulimią zmagałam się wiele lat. Gdy już ani ja ani nikt z mojej rodziny nie wierzył, że może się udać, ktoś polecił mi „Tęczę”. Nie twierdzę, że było łatwo. Powiem więcej było bardzo trudno, a patrząc z perspektywy czasu myślę, że terapeuci mieli do mnie świętą cierpliwość.

Próbowałam kilka razy. Kilka razy wracałam do wymiotów i odchudzania. Nie widziałam sensu tego wszystkiego. Oszukiwałam terapeutów i samą siebie.

Ciągle walczę, ale teraz jest  o wiele łatwiej. Poznałam moją chorobę od podszewki, poznałam też siebie i swoje reakcje na rzeczy, które dzieją się dookoła. Choć czasem mam dość i chcę rzucić tym wszystkim, moja terapeutka wierzy, że wyjdę na prostą, a ja jej ufam.”

” Jagoda

Do centrum „Tęcza” nie trafiłam z własnej woli, ale pod presją koleżanek z pracy. To one obawiały się, że stracę stanowisko.

Tkwił we mnie z jednej strony opór przed terapią i niewiara w jej powodzenie, a z drugiej – chęć zmiany mojego dotychczasowego życia i zaprzestanie picia.

Początkowo podchodziłam do leczenia z rezerwą. Nasuwały się pytania: czy się uda? czy terapia nie pójdzie na marne? Przecież już tyle razy próbowałam nie pić i nic z tego nie wychodziło.

Jednak w miarę trwania terapii w „Tęczy”, umacniała się we mnie wiara, że dam radę. A wszystko to dzięki profesjonalnie prowadzonym zajęciom, zaangażowaniu terapeutów, atmosferze, która panowała na co dzień. Dowiadywałam się wszystkiego o moim uzależnieniu – poznawałam wroga. Nie ukrywam, że nie było lekko – pojawiały się także łzy, kiedy dotykało mnie coś boleśnie. Ale powoli zaczęłam się wyłaniać z oparów mgły alkoholowej i dostrzegać wyraziste kontury wokół mnie. To naprawdę cieszy.

Wiem, że przede mną jeszcze wiele pracy na drodze trzeźwienia. Ale jedno wiem na pewno – bardzo dobrym początkiem tej drogi była „Tęcza”.

Za to serdecznie dziękuję wszystkim pracownikom „Tęczy”!”

 Krzysztof

Ja byłem bardzo sceptycznie nastawiony do terapii. Może nie tyle – że terapia to tylko „SŁOWA SŁOWA SŁOWA”, ale że mam w życiu realne, konkretne, goniące mnie problemy. Jak teraz się zamknę w ośrodku, to będzie jeszcze gorzej jak wyjdę… – znacie to 1000 wymówek na minutę. Moja kochana rodzina (autentycznie kochająca, tak na nią teraz patrzę rodzina) umówiła mnie na spotkanie. Zostałem.

I tutaj,
I tutaj nie będę mówił jak to zostałem wyleczony za pstryknięciem palca czy hipnozy czy czegoś. Ale coś mi siadło w głowie. Bo przecież nie każdy pacjent jest tak samo schematyczny, jak sama choroba bywa schematyczna, to prowadzący umieli wydobyć odpowiednią podstawę do chęci zmiany siebie, dali narzędzia do walki z chorobą – bardzo dobre narzędzia. Do tego jeszcze bardzo dobre zaplecze socjalne, bardzo dobra kuchnia i często spotyka się ciekawych współ-pacjentów. Ja miałem to szczęście, że poznałem dla mnie cudownych ludzi, którzy pomimo komplikacji, dalej są dla mnie tarczą trzeźwości.

Szkoda, że byłem na tyle nie powiem może głupi – bo to nie o to chodzi… a chory, że mało co zauważałem – albo inaczej mało co chciałem dostrzec.

Pobyt polecam, ale uczcie się ode mnie. Podejdźcie z problemem z którym WY chcecie się zmierzyć, do ludzi, którzy znają ten problem profesjonalnie. Inaczej stracicie jeszcze z pół roku degeneracji jak ja, albo jeszcze dłużej i mocniej.

Zaufajcie mi,
Warto!”

” Dorota

Jestem byłą pacjentką „Tęczy”. Uczęszczałam na terapie DDD. Chcę oznajmić, że jestem wdzięczna za pomoc jaką otrzymałam. Zauważyłam, że bardziej dbam o wyznaczanie granic, wiem że to moje życie i rodzice ani nikt inny nie mogą mi wyznaczać kierunku w którym mam podążać. Nie zależy mi już tak bardzo na akceptacji innych. Nauczyłam się bardziej cieszyć i doceniać to co mam i jakich świetnych ludzi spotkałam w moim życiu. Polecam tą terapię.”

 Lesław 

Dzień dobry!

Właśnie mija rok, jak się zjawiłem w Pani gościnnych progach po raz pierwszy. Kiedyś już mówiłem, że pieniądze, które u Pani zostawiłem były najlepszą inwestycją w moim życiu (a zainwestowałem wiele). W ciągu tego roku zdarzyło sie w moim życiu tyle pięknych rzeczy, że mógłbym obdzielić nimi wielu potrzebujących i jeszcze dla mnie sporo by zostało.

Myślę, że ojcem mojego sukcesu jestem ja sam, ale matką jest Pani, Renato! Dziękuję raz jeszcze, pozdrawiam wszystkich znajomych, którzy okazali mi tyle życzliwego ciepła. Odwiedzę stare kąty w najbliższym czasie i opowiem więcej.

Życzę sukcesów i pozostaję z szacunkiem.”

 

Opinie uczestników warsztatów „Trening czyni śmiałość”

 Ania, branża PR

Ten trening naprawdę czyni śmiałość. Osobiście miałam już styczność z podobnymi metodami, dzięki należeniu w dawnych, licealnych czasach do teatru awangardowego. Warsztaty organizowane przez „Tęczę” w doskonały sposób wykorzystały teatralne techniki improwizacyjne dorzucając do tego ćwiczenia świadomości ciała, mowy, samego siebie.

Doskonała sprawa, która pokazała mi, w czym jestem całkiem dobra, a nad czym muszę jeszcze popracować. Wszystko tyczy się ww. pewności siebie, wystąpień publicznych, asertywności, szczerości… i wymieniać tak mogę bez końca!

Ale co było najlepsze? UWOLNIENIE SIĘ i pozwolenie na uwolnienie emocji! O jakie to było absolutnie oczyszczające!

Dziękuję Adamie, dziękuję Reniu!”

 

Monika

Zajęcia z Adamem otwierają zupełnie nowe przestrzenie. Dla mnie była to
beztroska, radość i zadziwienie kreatywnością swoją i innych. Idealny trening
dla tych, którzy przeczuwają, że mogą dużo więcej, konieczny – dla
niewierzących w siebie.”

 

Paweł, branża finansowa

Szkolenie całodzienne w Czarnym Groniu 9 października 2014 było rewelacyjne.

Jeśli o mnie chodzi to otworzyło mi oczy na wiele kwestii związanych z moją
pracą czyli z ciągłymi przemówieniami publicznymi. Adam zmienił moje
podejście i nastawienie, w szczególności pokazał jak się przygotowywać do
spotkań biznesowych, zaprezentował szereg ćwiczeń z tym związanych.

Osobiście dla mnie najciekawsze były ćwiczenia z głosem, oraz przełamywanie barier i oporów przed wystąpieniami przed większą liczbą osób. Wiele tych wskazówek zacząłem stosować w praktyce.

Gorąco polecam spotkania z Adamem Mistelą!”

 

Anna, branża PR

Warsztaty z Adamem Mistelą w Ośrodku Tęcza to czas spędzony niezwykle produktywnie. Podczas szkolenia poznałam nowe, nieznane dotąd techniki  rozwijania kreatywności, pokonywania nieśmiałości czy prezentowania się przed szerszą publicznością.

To jedne z nielicznych szkoleń, które w 100% spełniło moje oczekiwania, dlatego
z przyjemnością polecam je swoim Klientom i przyjaciołom, którzy pragną rozwijać swoje umiejętności.”

 

 

Facebook